Świadectwo o tym jak Bóg chce się objawiać, jak walczy o duszę i ją osłania, daje pokój i spełnienie.

Mogę wyraźnie dostrzec w moim życiu linię odgradzającą moje dawne życie w ciemności od tego w jasności. Był to kluczowy moment gdy odpowiedziałam sobie w sercu na pytanie: czy zostaję mimo wszystko, czy przyjmę ten krzyż, chodziło o moje małżeństwo. Krzyże były zawsze w moim życiu, ale ja się na nie nie godziłam albo od nich uciekałam albo się z nimi konfrontowałam. Naprawiałam świat wokół siebie po swojemu jak umiałam, cerowałam, przyszywałam, a i tak się materiał się wciąż pruł. Tak mijały lata, aż coś we mnie pękło. Doszłam do wniosku, że nie mam wyjścia – szach mat, po co się oszukuję, przecież nie odejdę od męża, że nie odważę się złamać przysięgi danej Bogu. Nie zrobię tego. Pamiętam, że poczułam wtedy niewypowiedzianą ulgę ze złożenia broni, pokonana, ale spokojna. Przestałam się szamotać. Wtedy właśnie za przyzwoleniem mojej woli Bóg wkroczył w moje życie, weszło światło.
Długo nie musiałam czekać na Jego odzew. Mąż gdy pojechał do kancelarii parafii załatwiać sprawy związane ze chrztem naszego najmłodszego syna otrzymał przy okazji od wikariusza zaproszenie na spotkanie nowego kręgu wspólnoty Domowego Kościoła. Ku zaskoczeniu męża od razu się zgodziłam i ucieszyłam myśląc: nie wiem co mnie tam czeka, nie wiem co to za wspólnota, ale idę, bez wahania, nie mam nic do stracenia, pójdę. Był to dla mnie naturalny wybór ponieważ zdecydowałam pójść za Bogiem, a zupełnie nie wiedziałam co to znaczy. Weszłam we wspólnotę, z pełną otwartością i ufnością. Cieszyłam się, że dano mi drogowskazy, zawsze lubiłam podejście zadaniowe. Podobało mi się wszystko: rekolekcje, modlitwy, spotkania kręgu, każde zobowiązanie przyjęłam jako swoje. Muszę tu wspomnieć, że mimo, iż uważałam się za wierzącą i chodziłam do Kościoła, to nie modliłam się prawie wcale, nie umiałam, nie czytałam też nigdy Biblii, a święta kościelne traktowałam bardziej jako tradycję. Zaczynałam więc formację od poziomu zero, miałam świadomość, że nic nie wiem. Pamiętam jak na jednym spotkaniu kręgu mówiliśmy o rekolekcjach, jakie są kolejne etapy formacji i jak byłam rozczarowana, kiedy usłyszałam, że są tylko trzy. Pamiętam, że zadałam pytanie na głos: „jak to nie będzie więcej, nie będzie poziomu 21 i więcej?” Wszyscy się śmiali i ja też, ale w sercu byłam rozżalona, ponieważ chciałam więcej i więcej. Z wytęsknieniem czekałam na kolejne spotkania. Ksiądz zaproponował abyśmy całym kręgiem zaczęli czytać Ewangelię św Łukasza. Był to mój pierwszy kontakt z Jezusem w Jego Słowie od urodzin po zmartwychwstanie. Zachwyciłam się Jezusem, przeżyłam pierwsze zakochanie. Robiłam wszystko z Nim po raz pierwszy. Mogę z zupełną szczerością powiedzieć: tak znam Cię i Jesteś wspaniały! Zafascynowała mnie Ewangelia jakby była najnowszym bestsellerem w rankingach poczytności, każdemu ją polecałam! Pójście za Jezusem było dla mnie sytuacją zerojedynkową. Spowodowało to zatem radykalną zmianę myślenia, z wcześniejszego: mogę robić co chcę i nic Ci do tego, na: nie chcę robić niczego, co by się Bogu nie podobało.
Nawet nie wiem jak i kiedy się to stało, że przestałam przeklinać, bo niegdyś przekleństwo wstawiałam jak przecinek w zdaniu. Zwracałam uwagę na to jaka jestem dla innych. Zaczęłam głęboko przeżywać każdą Mszę Św. Przestawało mnie interesować to, co zwykle lubiłam robić np.: oglądanie seriali, joga, bieganie, skupianie się na diecie. Po prostu wydawało mi się to stratą czasu. W wolnych chwilach lubiłam słuchać audiobooków o życiu świętych, podcastów ze świadectwami, o cudach zatwierdzonych przez Kościół. Moje codzienne obowiązki, które mnie zwykle irytowały i frustrowały przyjęłam jako mój warsztat w ćwiczeniu się w pokorze i cierpliwości. Wyobrażałam sobie, że służę bliskim jak Jezus i robiłam czynności z większą pieczołowitością i namaszczeniem. Szukałam Jezusa w Słowie, szukałam Go na modlitwie i w życiu. Pamiętam, że On mnie nie zostawiał w niewiedzy albo z nieodpowiedzianym pytaniem. Mówił do mnie dostępnymi dla moich zmysłów sposobami bez zbędnych słów. Słowa mnie męczą i nie przywiązuje do nich wielkiej wagi, doceniam za to komunikację niewerbalną. W szczególności widzę jak Jezus uczy mnie przez przykre doświadczenia i trudne relacje, wiem że one są po coś.
Modlitwa osobista stała się dla mnie bardzo ważna, miejscem świętym, spotkaniem. Dałam się Panu prowadzić, przychodziłam ze wszystkim, żaliłam się, zwierzałam, pytałam, radziłam. Upadałam i przychodziłam aby mnie podniósł. Zauważyłam z czasem pewną zależność, że to co do Niego mówię na modlitwie otrzymuję potwierdzenie w Słowie z dnia. Zaczęłam zapisywać dotknięcia na modlitwie. Mój pierwszy zapisek pochodzi z 14.06.2023, zamieszczam cytat. Zaniosłam do Boga pytanie co mam zrobić z pracą, nie mam czasu dla dzieci, córka mi to wczoraj powiedziała. Zadałam drugie pytanie o plan Boży odnośnie mojej pracy. Serce mi zadrżało i usłyszałam w myślach odpowiedź: ufać. Zmówiłam akt: ufam Tobie. Czytam Słowo z dnia, a tam pierwsze słowa: „Jeżeli dzięki Chrystusowi taką ufność w Bogu pokładamy, to nie dlatego, iż jesteśmy w stanie pomyśleć coś sami z siebie, lecz wiemy, że ta możność nasza jest z Boga.” Bóg do mnie mówi i mnie prowadzi.
Formacja mojego małżeństwa w Domowym Kościele posuwała się do przodu. Zapisaliśmy się na rekolekcje oraz wybrano nas na parę animatorską kręgu. Nasz ksiądz prowadził rekolekcje z Odnową w Duchu Świętym w naszej parafii i zapraszał serdecznie nasz krąg. Oczywiście skorzystaliśmy z zaproszenia. Przez 9 tygodni poznawaliśmy Jezusa w Słowie, to co czynił oraz poznałam Ducha Świętego, że jest osobą jak Jezus i mogę, a nawet powinnam budować z Nim relację. Odbyłam pogłębioną spowiedź o to wszystko co powoduje zagrożenia duchowe, jak się okazało sporo tego w moim życiu było. Szczególnie przeżyłam modlitwę o uzdrowienie wewnętrzne oraz modlitwę o wylanie darów Ducha Świętego. Ta ostatnia była uroczyście przygotowana w Katedrze naszej diecezji. Dwoje wstawienników modliło się nade mną: kobieta – językami, a mężczyzna Słowem Bożym. Podczas modlitwy bardzo szlochałam nie wiedząc dlaczego. W pewnym momencie gdy modlitwa się przedłużała poczułam napływ mocy i przestałam płakać i wyprostowałam się. Otrzymałam karteczkę z zapisanym proroctwem: „Pan przygotowuje Cię do otwierania się. Być domem Bożym, Arką Przymierza”. Zupełnie nie wiedziałam wtedy co to może znaczyć, ale skojarzyłam to z Domowym Kościołem. Po modlitwie chodziłam w radosnym uniesieniu przez następne tygodnie. W naszym kręgu żony zapisywały się do Róży Różańcowej za swoich mężów, z dużą obawą czy podołam zapisałam się i ja. Nigdy nie odmawiałam wcześniej różańca, nie umiałam. Nie znałam Maryi i jej świąt – nie rozumiałam po co ten kult, te figurki i sztuczne kwiaty. Duch Św. poprzez różaniec wprowadzał mnie pomału w tajemnice Maryi. Uzmysłowiłam sobie, że Maryja musi być wyjątkowa, że Duch Św. ją wybrał na swoje mieszkanie, gdzie był On cały ze wszystkimi łaskami jako Bóg i że z Nim był w Niej Jezus i Ojciec, cali niepodzielni. Zaczęłam szanować Matkę Bożą. Natknęłam się na ulotkę o Fatimie i wynagrodzeniu przez 5 pierwszych sobót. Przeczytałam z wypiekami na twarzy o objawieniach myśląc, Matka prosi to trzeba zrobić. Zachęciłam żony z naszego kręgu abyśmy razem wynagradzały. Większość dołączyła. Po Mszy Św. umawiałyśmy się na kawę aby jeszcze porozmawiać o Bogu i podzielić się książkami, które nas rozwijają duchowo.
Na spotkaniu animatorów kręgów podzieliłam się tym, po czym ksiądz zaproponował mi rekolekcje 33 dniowe oddania się Jezusowi przez Maryję, które prowadzi. Jak już się pewnie domyślacie nie odmówiłam. Tak zaczął się w moim życiu ważny etap, który otworzył mi nową drogę do Jezusa. Rekolekcje 33 dniowe odbyłam w zaciszu mojego domu z „Przewodnikiem doskonałego nabożeństwa wg. Św Ludwika Grignion de Montfort”, który otrzymałam od księdza. Kilka dni przed rekolekcjami podjęłam post o chlebie i wodzie w środy i piątki ponieważ poczułam taką potrzebę w sercu. Ćwiczenia duchowe wymagały ode mnie systematyczności i wierności. Wstawałam codziennie o 5:30 aby zdążyć z ćwiczeniami duchowymi oraz pójść na Mszę Św. Musicie wiedzieć, że w tym czasie byłam osobą aktywną zawodowo z 4 dzieci. Moja praca wiązała się z licznymi wyjazdami i koniecznością nocowania poza domem. Post starałam się zachowywać nawet podczas bankietów biznesowych. Teraz tak sobie myślę, że post w tym czasie był mi bardzo potrzebny w przemianie do jakiej Bóg mnie zapraszał. Wracając do rekolekcji: rozważania na każdy dzień były rozłożone na etapy: wyzbycie się ducha tego świata, poznania samego siebie, poznanie Dziewicy Maryi oraz poznanie Jezusa Chrystusa. Ksiądz przestrzegał, że mogą pojawić się przeciwności i walka duchowa, aby przerwać rekolekcje. Spodziewałam się tego, ale ku mojemu zaskoczeniu byłam jakby chroniona, wprost nie czułam się sobą i zachowywałam się jak nie ja. Atak jednak przyszedł z zewnątrz. W czasie tych rekolekcji nasilił się konflikt z moim mężem. Stał się on drażliwy na moim punkcie, szukał zwady. Ja szukałam pokoju i pojednania. Uszczypliwości traktowałam jako prawdę o mnie, którą muszę przyjąć. Nie walczyłam, tylko przyjmowałam i dziwiłam jak wiele rzeczy mam do poprawienia w sobie i jak Bóg zaprasza mnie do wysokiej doskonałości. Pamiętam, że gdy pewnego razu mąż miał do mnie pretensje i był w tym tak zimny i nieustępliwy, zrobiłam coś dziwnego i uklękłam przed nim i prosiłam o miłosierdzie i przebaczenie. Nigdy sama z siebie bym tego nie zrobiła. Tę walkę osładzał mi sam Jezus. 22 dnia rekolekcji na modlitwie doznałam czegoś nowego – specjalnego dotknięcia, modlitwy skupienia, jak się później dowiedziałam czytając „Twierdzę wewnętrzną” św Teresy z Avila. Poczułam jak moje ciało się rozluźnia, a głowa sama opadła na bok bez mojej woli. Nie trwało to długo, ale zostawiło ogromne skutki w duszy. Poczułam pokój jakiego nigdy wcześniej nie czułam i błogość. Pomyślałam, że to On z Maryją mnie przytulają. Poznałam dzięki tym rekolekcjom modlitwę uniżenia. Bardzo czułam ciężar swoich win i grzechów. W ostatnim tygodniu rekolekcji należało odbyć spowiedź generalną z całego swojego życia. Przygotowałam na kartce wszystko co pamiętałam i co wyrzucało mi sumienie. Umówiłam się z księdzem prowadzącym rekolekcje, był dla mnie współczujący, dał wskazówki na przyszłość, zadał pokutę. Po wszystkim miałam spalić kartki, co uczyniłam oraz zapomnieć o dawnym życiu. Nie czułam jednak ulgi na duszy, co trochę mnie zaniepokoiło.
Zbliżał się ten długo wyczekiwany moment oddania się Jezusowi przez Maryję, który miał być w uroczystość Zwiastowania. Przepisałam odręcznie akt i ozdobiłam. Wtem pojawiły się kolejne komplikacje, które budziły wewnętrzne rozterki. Uroczystość została przesunięte z 25 marca na 8 kwietnia. Ksiądz powiedział, że będzie tego dnia uroczysta Msza Św. u niego w parafii z odczytaniem aktu dla uczestników rekolekcji. Ja jednak czułam, że muszę złożyć akt 25 marca – miałam go przecież powtarzać co roku właśnie w ten dzień. W mojej miejscowości upatrzyłam sobie figurkę Maryi, która nie miała kwiatów. Zakupiłam sztuczne kwiaty, zrobiłam bukiet i przyozdobiłam figurę jako dar dla Maryi. Pojechałam przed Najświętszy Sakrament i tam odczytałam swój akt ze wzruszeniem w obecności całego nieba. 8 kwietnia ponownie to uczyniłam na mszy. Mój mąż był ze mną co było dla mnie bardzo ważne. Na miejscu zorientowałam się, że ku mojemu zaskoczeniu byłam jedyną osobą, która odczytała uroczyście akt podczas mszy. Czułam ogromną wdzięczność i radość, choć bardzo mnie to krępowało. Niedługo po tym jakże szczęśliwym dniu, coś zaskakującego się wydarzyło. Byłam w delegacji we Wrocławiu, poszłam na Mszę, a później w hotelu słucham kazań św Jana Vianney, gdy poczułam nagłe wstręt do grzechu nieczystości. Było to jak jakieś objawienie, pojęłam wnet jak te grzechy obrażają majestat Boży i jaką są obrzydliwością. Czułam się strasznie brudna i miałam nieodpartą potrzebę spowiedzi. Wracając z delegacji do Warszawy wyszukałam gdzie najszybciej można się spowiadać, wybór padł na zakon Paulinów. Przy konfesjonale powiedziałam księdzu, że odbyłam rekolekcje 33 dniowe i że jestem po spowiedzi generalnej, ale nie wyznałam na niej nic z grzechów nieczystości, gdyż wydawało mi się wtedy, że już się z tego spowiadałam kiedyś i nie muszę. Ksiądz wyczuł, że coś tu nie gra, drążył temat i powiedział, że tamta spowiedź jest nieważna i że mam się przygotować i przyjść do niego. Dał mi pytania pomocnicze, numer do siebie i dzwonił do mnie w sprawie terminu. Czułam się zaopiekowana. Niczego się już nie wstydziłam chciałam jak najszybciej zmyć z siebie ten brud. Po spowiedzi poczułam prawdziwą ulgę, byłam jak nowo narodzona. W sercu miałam wdzięczność do Maryi, że się o mnie zatroszczyła ochroniła przed niebezpieczeństwem. Ksiądz dał mi drogowskazy oraz powiedział, że jestem cenną perłą, ale teraz muszę wykonać pracę i w to uwierzyć. Na tamtym etapie bowiem nie czułam się dzieckiem bożym tylko wyrzutkiem, kimś kto na to nie zasługuje.
Po tym czasie nastał czas miłosnych uniesień z Panem tak jakby nic już nas nie dzieliło. Jezus dawał mi śmielej znać o sobie w szczególny sposób poprzez stany głębokiego skupienia i poruszenia serca nie tylko na modlitwie, ale w pracy czy codziennych czynnościach, zdarzały się też sny. Zabiegał o mnie, a mnie to trochę wprowadzało w zakłopotanie. Modlitwa stała się sensem mojego życia. Podczas naszych spotkań poznawałam dalej siebie, wchodziłam głębiej. On mnie uczył, leczył, pocieszał, dobrze radził. Był to czas intensywnej pracy nad sobą. Poznałam moc Jego Świętej Krwi i Ran. Jak tylko dosięgał mnie niepokój, dręczyły złe myśli zaraz uciekałam do Ran Jezusa tam się chowałam czując natychmiastową ulgę. Duch Święty prowadził mnie przez Słowo Boże na dzień, oraz „Świadectwo” A. Lenczewskiej. Na modlitwie otrzymywałam potwierdzenie i pocieszenie w zapiskach tej mistyczki. Szczególne też łaski zsyłał Pan na mnie za przyczyną “Orędzia Miłosiernej Miłości” podyktowanego przez Jezusa mistyczce Małgorzacie Balhan. Zrozumiałam, że liczy się tylko Miłość, do tego jestem powołana, aby miłować Tego, który pierwszy nas umiłował. Żyłam coraz bardziej oderwana od świata. Niegdyś praca całkowicie mnie zajmowała, wyrabianie planów, wyjazdy, spotkania, wciąż się wykazywanie czymś. Co ciekawe był to najlepszy okres w mojej karierze pod względem zarobków i benefitów. Nigdy wcześniej tak dobrze nie zarabiałam, ale wcale mnie to nie cieszyło, a nawet ciążyło. Wykonywałam czynności jakby mechanicznie, nie angażując się i źle się z tym czułam. Schematy zachowań jakie tam miałam nie pasowały do nauki Jezusowej. Na spotkaniu kręgu podzieliłam się tymi odczuciami i że czekam na znak od Pana. Jeszcze tego samego dnia podczas wizyty u znajomych rozmawialiśmy o dzieciach i że tak ciężko teraz o nauczyciela wspomagającego. Przyszła mi nagle myśl jasna jak słońce, a może ja bym została takim nauczycielem? Mój mąż podchwycił temat i powiedział, że to doskonały pomysł. W poniedziałek złożyłam wypowiedzenie po 14 latach pracy i zapisałam się na studia podyplomowe. Bardzo się cieszyłam i w ogóle nie miałam wątpliwości, czy rozterek co dalej, zawierzyłam to Panu. Zresztą krótko po tym, jak wypowiedziałam umowę otrzymaliśmy ugodę w sądzie i nie mieliśmy już kredytu. Miałam pokój w sercu i czułam wyraźnie prowadzenie Boże, tak jakby od dawna przygotowywał mnie na ten moment.
Powinnam się tu się podzielić, że nasze trzecie dziecko posiada diagnozę autyzmu dziecięcego, więc był mi ten temat bliski. Niektórzy z rodziny pukali się w głowę po co to zrobiłam, przecież miałam dobrą pracę. W korporacji musiałam jeszcze zostać na czas 3 miesięcy, co było dobrą okazją do dawania świadectwa. Słowa proroctwa wypowiedziane wcześniej do mnie nabierały dla mnie nowego sensu. Wiedziałam, że Bóg zaprasza mnie, abym szła drogą modlitwy, kontemplacji i wynagradzania, życia w bliskiej zażyłości z Nim, niczym dziecko w łonie matki. Z rodziną wybieraliśmy się na rekolekcje jak co roku w wakacje. Wybór padł na Krościenko nad Dunajcem, kolebkę Ruchu Światło-Życie. Zupełnie nie miałam oczekiwań co do tych rekolekcji. Mieliśmy się przygotować do nich czytając Księgę Wyjścia. Pan lubi robić niespodzianki, gdy na miejscu weszłam do kaplicy serce moje mocno trzepotało w klatce, poczułam kłucie między żebrami w prawym boku, jakby ktoś wbijał mi szpilkę. Oj, pomyślałam będzie się działo, coś tu dla mnie Pan przygotował. Ksiądz mówił z wieloma dygresjami, dobitnie, pod włos aby dać do myślenia. Pierwszego dnia na dzieleniu pytano nas z czego chce Pan nas wyzwolić. Zadałam Panu pytanie, a On potwierdził mi to co mam powiedzieć: ze schematów myślenia. Trzeciego dnia rekolekcji, ksiądz mówił kazanie, w którym powiedział, że Jezus przyszedł na świat w ciele człowieka, aby nam pokazać, że jesteśmy Bogami. Wydało mi się to niedorzeczne, wcale nie czułam się Bogiem tylko niczym. Dalej była Adoracja Najświętszego Sakramentu, Pan wprowadził mnie w stan głębokiego skupienia tak, iż nie mogłam i nie chciałam poruszyć najmniejszym palcem, jednak mój umysł był aktywny. Wiedziałam, że jestem przed Bogiem Ojcem jakby w odsłonięciu. Czułam jasność bijącą gdzieś w oddali, ja byłam jakby na obrzeżach w tej jasności. Poczułam się częścią Nieskończoności, zrozumiałam, że jestem nią. Poznałam swoją tożsamość – jestem dzieckiem Boga, kimś jak On. To było jak objawienie. To doświadczenie pokazało mi w jakim żyłam kłamstwie. Pojęłam bez rozważania umysłem tylko jakby wiedza została mi wlana, że Nieskończoność jest w innych ludziach i że, każdy zasługuje na szacunek i godność. Pan pokazał mi jak krytyka zniszczyła moją tożsamość, ale też jak ja też raniłam w ten sposób innych. To może było upomnienie, ale wcale się tak nie czułam. W Jego świetle wszystko było czułością i troską, łagodnością. Na wspomnie o tym spotkaniu mija strach przed sądem ostatecznym. Cały czas płakałam, łzy mi ciekły, a ciało było zastygnięte. Nie wiedziałam jak tu dalej żyć z tą świadomością? Moja wiara wzrosła, ale wciąż nie czułam się kimś lepszym. Wiedziałam z całą pewnością, że Bóg jest prawdziwy, chciałabym o tym krzyczeć, jednak rzeczywistość wokół mnie się nie zmieniła. Nie miałam też nikogo komu mogłabym o tym powiedzieć. Nie rozumiałam dlaczego Pan dał mi się tak poznać, niczego nie rozumiałam. W tym fragmencie mojego świadectwa mam nadzieję, że zauważyliście jak Jezus chce się objawiać każdemu. Użyje najróżniejszych środków, aby przywołać do Siebie. Jego wszechmoc jest prawdziwa, trzeba tylko się na nią otworzyć w pokorze. W tamtym czasie myślę, że byłam najbardziej nędzna i słaba. Zrobiłam krok wiary, rzuciłam wszystko idąc za Miłością, niczego nie oczekując, na nic nie zasługując, nic nie posiadając. Nicość przyciąga Wszechmoc. Cierpienie przyciąga Miłość. Któż to może pojąć?
Wracając do mojego świadectwa wiedziałam już kim jestem dzięki łasce Bożej, gdzie jest mój dom, gdzie moja rodzina, gdzie moje miejsce, gdzie moje serce. Nie tu na ziemi. Jak tu dalej żyć w tym świecie? Wakacje się skończyły, każdy z rodziny rozchodził się do swoich obowiązków pracy, szkoły, przedszkola, a ja zostawałam sama w domu. Nie miałam już pracy, czułam pustkę. Nie umiałam się pozbierać. Studia wcale mnie nie interesowały wciąż czułam tęsknotę za Bogiem. Tylko On mnie interesował. Płakałam, dużo i bardzo. Jedynym moim pocieszeniem był sam Jezus, którego szukałam na modlitwie i w Słowie. Dał mi do zrozumienia, że przyszedł czas na ufność, a miłość będzie moim napędem żeby iść do przodu. Był to czas nauki przez doświadczenia życiowe. Czułam na co dzień, że Bóg trzyma mnie jakby pod skrzydłami łaski, która chroniła mnie od niepokoju. Widziałam wyraźnie kiedy jest czas próby ponieważ, traciłam nagle ochronę zostając sama ze swoimi emocjami i reakcjami. Pan sprawdzał czy przyjdę do Niego w każdym czasie, czy będę łagodna dla siebie w chwilach upadku. Zrozumiałam, że łaską są też trudne doświadczenia jakie mnie spotykają, kryją w sobie Mądrość. Czułam się inaczej na modlitwie, Jezus był mniej odczuwalny, jakbym była w ciemnej studni, ale nadal miałam stany głębokiego skupienia i wszechobecny pokój. W takich momentach biegłam do Maryi, ona dawała mi pociechę, pokrzepienie, siłę do działania. Samotność, ból, odrzucenie oddawałam przez Jej czyste ręce Jezusowi. Z mężem chcieliśmy się zaangażować w diakonię (służbę wspólnocie) więc pojechaliśmy na spotkanie gdzie diakonie się prezentowały. Interesowała mnie diakonia dzieci bożych, modlitwy i miłosierdzia i do nich podeszłam wzięłam namiary. Mój mąż interesował się diakonią wychowawczą, ale nie było reprezentanta. Stwierdził, że zapyta parę, która obok nas stała. Pamiętam ich zdziwienie w oczach, jakbyśmy spadli im z nieba, ponieważ organizowali właśnie rekolekcje i nie mieli diakonii wychowawczej. Pojechaliśmy zatem w listopadzie z rodziną jako diakonia wychowawcza na rekolekcje ORAR2. Było to dla nas nowe, bardzo ciekawe doświadczenie. Miałam okazję sprawdzić się w opiece nad dziećmi. Dużo miłości i wsparcia dał mi Pan w tej służbie posługując się dziećmi. Na koniec rekolekcji poprosiłam abyśmy jako diakonia też dali świadectwo ku pokrzepieniu i zachęcie aby inni się nie bali służyć. Powiedziałam też o moim, przebranżowieniu, pójściu z za Panem. Były osoby, które się zainspirowały moim świadectwem. W grudniu na Dniu Wspólnoty ksiądz, który prowadził rekolekcje, mówił kazanie i ku mojemu zaskoczeniu podał mój przypadek, że można rzucić korporację i zostać nauczycielem, a mówił to w kontekście Zwiastowania Maryi, że przyjęła Słowo i służbę. Cieszyłam się, że Pan się mną posłużył. W tym czasie również z mężem włączyliśmy się w służbę w śpiewie w zespole uwielbieniowym oraz chórze parafialnym. Wspólne śpiewanie sprawia nam przyjemność i nas jednoczy. W listopadzie pojechałam z zespołem na czuwanie do Częstochowy, gdzie byłam blisko Mamy, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Odnowiłam akt ofiarowania, który wcześniej złożyłam i podziękowałam za nawrócenie. Tak kończy się rok 2024 w moim świadectwie.
